Marcin Błaszczyk
Historia muzyki
|
W zespole rockowym chciałem grać od niepamiętnych czasów. Zanim jednak do tego doszło... W każdym razie z egzaminu pamiętam tylko to, że jakiś pan zapytał mnie, na jakim instrumencie chciałbym grać. Skrzypce kojarzyły mi się nieodwołalnie z Teklą (młodszym spieszę wyjaśnić - pani pająk z bajki o pszczółce zwanej Mają), więc raczej podziękowałem. Wiolonczela wyglądała jak skrzypce, więc pozostał tylko fortepian. Nie został jednak on moim głównym instrumentem. Gremium egzaminacyjne zadecydowało, że będę chórzystą. Tak - w szkole muzycznej w Gnieźnie można było mieć instrument główny zwany chórem. Chór nazywał się "Szpaki" (to tak trochę mało
rokendrolowo) i przeżyłem razem z nim kilka pięknych chwil - obozy kondycyjne, wyjazdy na "zgniły" zachód
Europy... To były piękne lata. W międzyczasie zainteresował mnie flet poprzeczny. Zrobiłem wszystko by nauczyć się na nim grać. Udało się. Razem z nim (fletem
oczywiście) dobrnąłem do końca podstawówki i Liceum Muzycznego. Ale to dopiero przed nami. Gdzieś pod koniec edukacji podstawowej poznałem "prawdziwą" muzykę. W moje ręce wpadł "Show of
Hands" zespołu Rush. Rety.... . To było objawienie. Słuchałem tej i innych płyt
Rush godzinami.
Niejako przy okazji wstąpiłem w szeregi uczniów Państwowego Liceum Muzycznego w Poznaniu. To była buda...
Tam poznałem
Przema
i
Paszczaka
(znaczy
Tomka Szmidta). A skąd wziął się
Mak?? Postanowiłem zacząć udzielać się "rozrywkowo". W Gnieźnie wraz z Szymonem Brzezińskim (z którym, jak to się mówi, chodziłem do szkoły - a! razem też graliśmy w pewnym big bandzie...) założyliśmy zespół. Z braku innych umiejętności zająłem się klawiszami - choć na pierwszej próbie wydobyłem kilka dźwięków z gitary basowej (która do dzisiaj pozostaje moim ukrytym i niespełnionym marzeniem...). Brakowało nam basisty i bębniarza. Z tym pierwszym poszło łatwo - przez moment miał nim być
Przemo, ale wyszło inaczej. Bębniarza natomiast spotkaliśmy na imprezie. Jak to wyglądało szczegółowo przeczytajcie
tutaj. Tak rozpoczęła się moja przygoda z
Ayloe. Nagraliśmy nawet demo, ale... . Los dał nam szansę (a przynajmniej tak to wyglądało). Zostaliśmy muzykami zespołu
Abraxas. Chyba mogę (i powinienem) zaznaczyć, że dzięki temu bandowi stałem się klawiszowcem "z przekonania". W tym czasie działał już
Forgotten. Chłopaki grali ciężką, metalową muzykę - bardzo mi się ich granie podobało, jednak gdzież mi tam było się pchać z klawiszami.
Oczywiście gdzieś tam w tle przebiegała moja edukacja. W Liceum udzielałem się
w orkiestrze symfonicznej - jako flecista. I tak jakoś niechcący skończyłem tą instytucję z tytułem zawodowego muzyka. Co dalej?? W Akademii Muzycznej mnie nie chcieli... . Trafiłem na muzykologię na wydziale historii UAM (dla tych, co niezorientowani: teoretycznie o muzyce). Z Abraxas już niedługo miałem nagrać pierwszą płytę. Chłopaki z Forgotten zmienili natomiast zapatrywania na skład: już nie dwie gitary a gitara i klawisz. No i stało się - co łatwo wyczytać na stronie z historią zespołu. Tak oto w skrócie wyglądały moje początki z muzyką. Właściwie aż do zakończenia studiów wypełniała mi całe dnie (w najróżniejszych postaciach). To były piękne chwile.... .
|